No właśnie. Tak to było ujęte w ostatnim wpisie.
Nerw kulszowy - taka diagnoza. Wydawało się, że mam to jakoś pod kontrolą. Tym bardziej, że 8 lipca poszedłem na rozbieganie i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ustąpiły problemy związane za stopą. Po prostu zero sygnałów. Pojawił się luz biegowy. Nie przeszkadzało mi wtedy, że przez większość treningu obecne było mocne ciągnięcie w pośladku. Dyskomfort ten był nieprzyjemny, na pewno wpływający jakoś na biomechanikę ale w mniejszym stopniu niż, to co doświadczałem ze stopy. Niestety nie była to żadna adaptacja mięśniowa - nic z tych rzeczy. Podczas kolejnych dni treningowych schemat się powtarzał:
Niestety mocno przeszkadza ciągle ciągnięcie z pośladka
albo
Przebieżki spoko ale czuć było dziwne odczucia ze struktur pośladkowych. Szło spore obciążenie na odcinek lędźwiowy i pośladkowy
albo
Po treningu odczuwalne problemy związane z nerwem kulszowym (mrowienie, ciągnięcie w pośladku). Noc taka sobie. Rano słabo (mrowienie, lędźwie zblokowane - bolesny, utrudniony skłon). Dolegliwości neuropatyczne nie są odczuwalne podczas aktywności na gravelu. Tak jakby w tym ułożeniu ciała nie było ucisku
A tu znów pojawia się wzmianka o lędźwiach:
Sytuacja z odczuciami dyskomfortu się stabilizują ... tzn. ciągnięcie od pośladka (może lędźwiowego?) + ciągnięcie po boku podudzia. Kilka przerw na delikatną mobilizację, bardziej neuromobilizację. Wypchnięcie prawego biodra do tyłu bardziej nasila mrowienie w podudziu.
Tak sobie trenując mało przyjemnie dobiegłem/dotruchtałem do sierpnia. A początek sierpnia był bardzo smutny.